ZAPACH NEPALU- wspomnienia Agnieszki Jochlik

      Zmęczona po długiej podróży, walcząc z sennością , zmierzam w kierunku wyjścia z lotniska. Jestem spokojna-przecież koordynator organizacji dla wolontariuszy zapewnił, że odbierze mnie kierowca. Pewna, że za chwilę zobaczę kogoś trzymającego kartkę  z  moim imieniem i nazwiskiem, wychodzę wreszcie z dusznego pomieszczenia. Rozglądam się z niedowierzaniem dookoła. Setki krzyczących ludzi, mnóstwo karteczek w różnych językach, ktoś wyrywający mi walizkę, nie pytając, a raczej stwierdzając  „taxi, taxi” pcha mnie w kierunku swojego pojazdu. Szarpię się, walcząc o mój bagaż, starając się wytłumaczyć, że nie potrzebuję taksówki. I to ma być ten kraj, który wyobrażałam sobie jako oazę spokoju, o niesamowitej atmosferze, kraj spokojnych i życzliwych ludzi, o których się tyle naczytałam i tyle usłyszałam?? To co widzę i słyszę to hałas, krzyki, dźwięk klaksonów, przepychanie, tłum ludzi. To jakaś pomyłka-myślę sobie szukając wśród setek kartek z imionami mojego. Jest! Po kwadransie udaję się w spokojniejsze miejsce. Podążam za kierowcą. I nagle… czuję. Rozglądam się. Przed sobą widzę góry okryte monsunowymi chmurami.  Jakiś dziwny zapach. Nie potrafię go określić. Ale wiem. Już wiem! To jest właśnie woń Nepalu. To jest to o czym mówili mi inni wolontariusze i o czym ja marzyłam od dawna! Nikt tego nie zrozumie, póki tam nie będzie.

Czuję wyjątkowy spokój, nawet w czasie jazdy czymś, co kierowca nazywa taksówką. Nawet wtedy, kiedy wymijamy pojazdy raz z lewej, raz z prawej strony trąbiąc przy tym bez przerwy. Przypominam sobie reakcje znajomych i dalszej rodziny, którzy w różny sposób wyrażali swoje opinie o moim „nieprzemyślanym, jakże niebezpiecznym, bezcelowym, egoistycznym i bezsensownym” wyjeździe. Uśmiecham się do siebie. Wiem, że zrobiłam dobrze. Trzy lata temu przeczytałam o takiej możliwości. Teraz moje marzenie się właśnie spełnia. Jestem w Nepalu!  Mimo zgiełku brudnych i zaśmieconych uliczek Katmandu jestem po raz pierwszy od wielu miesięcy spokojna jak nigdy.
                   Hotel nie jest luksusowy - o czym przekonuję się na samym początku, rozciągając opuchnięte nogi na łóżku. Nie leżę na nim sama - towarzyszą mi setki mikroskopijnych robaczków, których z obrzydzeniem staram się bezskutecznie pozbyć. Po kilku minutach ciekawość i podekscytowanie biorą górę nad zmęczeniem. Ochlapuję się zimną wodą  z czegoś, co przypomina kran i lekko odświeżona ruszam na spotkanie z koordynatorem. Dowiaduję się co mnie czeka w najbliższych dniach, poznaję innych wolontariuszy i wspólnie wyruszamy na pierwszą, choć krótką przechadzkę po Thamelu – turystycznej dzielnicy stolicy Nepalu. I choć to nadal nie do końca to, co sobie wyobrażałam, czuję się wspaniale chłonąc woń kadzideł zmieszaną z dziwnym zapachem ludzi , spalin z setek skuterów i błota po obfitych ulewach monsunowych.  Ta mieszanka -  choć mogłaby wydawać się nieprzyjemna, ma w sobie coś egzotycznego. To woń Nepalu. Wreszcie tu jestem! Z niecierpliwością kładę się do łóżka, wyczerpana po podróży i spacerze, a jednocześnie nie umiejąc się doczekać kolejnego dnia. Zapominam nawet o robaczkach…
                    Kolejne dwa dni to istna sielanka. Mam własną nauczycielkę języka nepalskiego!  Podekscytowana chłonę nowe słowa, zdania, staram się zapamiętać jak najwięcej z zaledwie sześciu godzin lekcji. Notuję, powtarzam, popołudniami zwiedzam to niezwykłe miasto. Plac Durbar, bazar Makhan Tol -  pełen ciekawych świątyń i podwórek, liczne buddyjskie stupy, rzeźby, widok sadhu (hinduskich ascetów dążących swoim życiem do wyzwolenia), wszechobecne flagi buddyjskie w pięciu kolorach, małpy (rezusy) syczące na mnie, sklepy, stragany, palenie zwłok wrzucanych później do świętej rzeki…
Z nadmiaru wrażeń i palącego słońca kręci mi się w głowie. Proszę moją przewodniczkę o powrót do hotelu. Pramila też wydaje się zmęczona, więc czym prędzej negocjuje cenę z kierowcą. Padam na moim posłaniu. Co tam robaczki!
       Rano budzę się, natychmiast otwierając balkon. Jest szósta. Słyszę zewsząd dzwonki. To hinduiści budzą w ten sposób swoich bogów, by później móc im złożyć ofiarę złożoną z ryżu zmieszanego z czerwoną mazią (tzw. tika) na miedzianych talerzykach. Następnie rozcierają ową maść na czole - jako symbol boskiej obecności. Chmury monsunowe są dziś gęste i temperatura znacznie niższa. Pakuję się i razem z Izaskun – Hiszpanką zmierzającą do tej samej wsi, czekamy na Matrikę – naszego opiekuna.
       Po godzinnej podróży, w strugach monsunu docieramy do wsi Chapagaun. Cieszę się, że mogę zobaczyć jak wygląda dom mojej nowej, hiszpańskiej przyjaciółki. Jesteśmy zaskoczone. Jest osobny pokój dla wolontariuszki, jest łazienka, ale przede wszystkim czysto! Iza z nieukrywaną radością zostawia bagaż i ponownie wsiadamy do auta. Centrum medyczne - to miejsce jej charytatywnej pracy. Tłum ludzi czekających na przyjęcie na zewnątrz , maleńkie pomieszczenie w budynku nazywanym szpitalem. To tam od dziś Iza będzie spędzała całe dni. Uścisk pożegnalny, zapewnienie o rychłym spotkaniu i… teraz czas na mnie.  Wszędzie spotykam się z ogromną, naturalną życzliwością i uśmiechem. Każdy przechodzeń składa ręce i pozdrawia nas słowami „namaste”.
Już od samego początku czuję się niesamowicie swojsko zarówno w dwóch szkołach, jak i u goszczącej mnie rodziny. Mam tu swój pokoik, w którym znajduje się łóżko i ława. Na malutkiej, jedynej półce umieszczam zdjęcie mojego synka, za którym ogromnie tęsknię. Pociesza mnie myśl, że nie został sam i dzięki wsparciu rodziny na pewno nie czuje się samotny.
     Z każdym dniem poznaję nowe zwyczaje, dowiaduję się czegoś ciekawego i wszystko natychmiast zapisuję w notesie. Chcę zapamiętać jak najwięcej!
Jak co rano, budzi mnie dźwięk dzwonka. Jest piąta. To Kalpana, moja gospodyni rozpoczyna swój dzień od modlitwy. Po wypiciu słodkiej herbaty z mlekiem i przyprawami idę do szkoły. W „Emerald School”, prywatnej szkole, uczą się dzieci z wyższych kast. Dzień szkolny zaczyna się tu o siódmej. Prowadzę zajęcia z różnymi klasami, opowiadam uczniom o Polsce, Europie, o naszych zwyczajach. Pokazuję książkę z pięknymi, kolorowymi fotografiami. Nagle pada pytanie: „ Można tę książkę kupić od pani?”. Zszokowana wyjaśniam, że będzie mi jeszcze potrzebna na wielu lekcjach, a później mam zamiar zostawić ją w szkole państwowej. Widząc minę zawiedzionego chłopca, pytam, cóż niezwykłego  jest w tej książce? „ Jest kolorowa i ma gładki papier. Nigdy takiej nie widzieliśmy”. Ta odpowiedź zaskakuje mnie kompletnie. Obiecuję temu młodemu człowiekowi, że wyślę szkole kolorową książkę.
              Każdy kolejny dzień zaczyna się tak samo i każdy wiąże się z nowymi dla mnie sytuacjami. Tak jak ten. Jak zwykle przed siódmą udaję się do szkoły. Życie we wsi toczy się już w najlepsze. Teraz już wiem, dlaczego drzwi każdego domu są otwarte. Można wszędzie wejść prosząc o herbatę lub „dalbhad” – tradycyjną potrawę z ryżu. W ten sposób Nepalczycy próbują zarobić choć kilka rupii.  Odpowiadając na okrągło „namaste”,  wchodzę wreszcie na dziedziniec szkoły. Zastaje mnie cisza. Zaglądam do pustych pomieszczeń po kolei, odczekuję jeszcze kwadrans i zastanawiając się, co jest powodem nieobecności uczniów i nauczycieli, wracam do domu. Opowiadając o tym przy śniadaniu (oczywiście dalbhad) Kalpanie, jestem trochę zawiedziona. Bo to miał być mój przedostatni dzień w szkole prywatnej. No cóż… mam za to więcej sił na wyczerpujące zabawy z dzieciakami w szkole Kalpany, której jest dyrektorką. Nie ma tego złego !
Umiarkowanym marszem, jak co dzień,  idę z moją gospodynią. Czuję się jak zwykle wyśmienicie, odpowiadamy na pozdrowienia i uśmiechy ludzi, rozmawiamy o wszystkim i o niczym. W szkole okazuje się, że przez kolejny protest Maoistów (rządząca, komunistyczna partia Nepalu) wszystkie szkoły są dziś zamknięte.
Wiem o Maoistach. Czytając o historii tego maleńkiego, a tak bogatego w tradycje, tak różnorodnego kraju, zastanawiałam się, jak to możliwe, by jego dzieje były aż tak burzliwe! Właściwie od roku 1990 do dziś w Nepalu sytuacja polityczna zmienia się  zbyt często. Monarchia , zamieszki, wprowadzenie systemu parlamentarnego, wybory, trzy lata później rezygnacja premiera, za kolejne dwa unieważnienie wyborów, władza poprzedniego parlamentu, chaos polityczny. Wojna ludu – ataki bombowe, zamachy przeprowadzane przez Maoistów, mord dokonany przez następcę tronu na sześciu osobach rodziny królewskiej, stan wyjątkowy, dalsze ataki Maoistów , giną tysiące osób, król sięga po władzę absolutną, demonstracje, strajki, kapitulacja króla i na samym końcu wygrana Maoistów oraz zniesienie monarchii.  Brzmi niewiarygodnie - jak plątanina słów ucznia nieprzygotowanego do lekcji.
 A jednak to prawda. Nie ma czego zazdrościć. I choć nigdy nie rozumiałam i nie zrozumiem polityki, oczyma wyobraźni widzę ten maleńki skrawek na mapie zamieszkiwany przez ludzi pragnących  wyłącznie spokoju, którzy przez chęć zdobycia władzy przez własnych rodaków żyją w ciągłej niepewności i biedzie. Maoiści,  mimo uzyskania przewagi w parlamencie, wciąż chcą więcej. Stąd dzisiejszy protest.  Odsyłamy więc zawiedzione dzieci do domu. One naprawdę uwielbiają naukę. To ich jedyna przyszłość i odskocznia. Niewiarygodne, z jakim zapałem chłoną wiedzę – słuchają, zadają setki pytań. Nie lubią sobót – które są jedynym wolnym dniem tygodnia. Myślę o różnicy między polskimi nastolatkami, dla których szkoła to „zło konieczne”, a tymi, dla których szkoła i nauczyciele to największe szczęście. Nie wiem, czy większym szokiem jest dla Nepalczyka usłyszeć, że w Polsce mamy dwa miesiące wakacji letnich, przerwy świąteczne i ferie, czy dla Polaka – że w Nepalu nie ma wakacji lub  w niektórych szkołach są, lecz zaledwie tygodniowe.
 I jedna i druga reakcja uczniów jest podobna. „Współczuję im!” stwierdza polski uczeń. „Biedni – nie mają naprawdę w tym czasie możliwości uczenia się?” – ze szczerym zdziwieniem i współczuciem zadaje pytanie nastolatka nepalska. Takie sytuacje skłaniają mnie do refleksji.
Czy naprawdę my tutaj, mając prawie wszystko i pragnąc ciągle czegoś więcej,  jesteśmy bardziej szczęśliwi? To trudne pytanie. Widok biedy, brudu, śmieci na ulicy, zaniedbanych dzieci przytłacza mnie. Szczególnie, kiedy zmuszona jestem funkcjonować  większość dnia bez prądu, jedząc ryż trzy razy dziennie i mając świadomość, że mam szczęście być w jednej z najwyższych kast. Jak wygląda w domach tych biednych ludzi?
Z drugiej strony, widzę i czuję tutaj spokój. Po raz pierwszy w życiu aż tak intensywnie. Taki najprawdziwszy. Spokój ten  wypisany jest też w oczach ludzi. Nie sposób czuć się tutaj inaczej. Ci ludzie nie znają innego życia. Większość z nich nie ma telewizji więc skąd mogą wiedzieć cokolwiek o świecie? Żyją dniem dzisiejszym. Nie spieszą się. Mają co jeść. Mają rodzinę, kawałek pola, dach nad głową.  To im wystarcza.
                 Mój ostatni dzień we wsi jest dla mnie smutny. Żegnam się z dzieciakami i z ludźmi, z którymi w tak krótkim czasie zdążyłam się zżyć. Pomimo  ogromnych różnic kulturowych, pomimo wcześniejszych wątpliwości i  ogromnej tęsknoty za rodziną, czuję smutek. Obiecuję moim wakacyjnym uczniom, że pewnego dnia, być może, wrócę do nich. Z aparatem i głową pełną myśli, udaję się na ostatni spacer po tym niezwykłym miejscu. Żegnam się z wolontariuszkami - Izą i Julią. Później ruszam na samotne pożegnanie wioski. Przechodzę  przez las,  podziwiam przepiękne górskie widoki, widzę staruszkę doglądającą swoich kóz. Zwracam uwagę na  jej niezwykle spokojną twarz. Taki sam spokój emanuje z  oczu każdej napotkanej osoby. Wszystko dzieje się tu jakby w zwolnionym tempie. Niby ta sama planeta. A może jednak nie? W Nepalu obowiązuje kalendarz księżycowy. Jest rok 2068.
Może my też będziemy żyć tak spokojnie w przyszłości?
Idąc jakiś czas w milczeniu, porównuję moje życie do tutejszego. Dziwię się, że w ciągu pierwszych dni mojej nepalskiej przygody żałowałam tych ludzi. Współczułam brudnym, zaniedbanym dzieciom. Przemywałam brudne rączki, wycierałam zakatarzone nosy. Serce kroiło mi się na widok małego brzdąca idącego w jednym buciku, bo drugi się zepsuł… Obdarowywałam słodyczami wszystkie biegnące za mną, umorusane dzieciaki. Zabawki  przywiezione z Polski zostawiłam w szkole - niech służą tym najmłodszym. Chciałam dać im choć namiastkę radości! Owszem – udało  się. Dzieciaki piszczały z uciechy, przytulały mnie, całowały. Szczerze? Byłam pewna, że jestem dla nich dobrą wróżką z innej, lepszej  planety. Że są nieszczęśliwe, a ja Europejka, uchylam im skrawek nieba. Że gdyby nie moje podarunki, te biedne dzieci nie byłyby w tym momencie tak uśmiechnięte… Teraz,  pod koniec mojego pobytu rozumiem znacznie więcej…
                Oczyma wyobraźni widzę dziecko siedzące w kolorowym pokoju, otoczone mnóstwem przedmiotów. Maskotki, zabawki, fotelik, stolik - wszystko czyste, zadbane. Dziecko ma obojętną minę. Nudzi się. Kręci nosem bo nie lubi tego, co dziś ma na obiad. Tupie nogą bo nie lubi tej bluzeczki, którą musi założyć. Obok inne dziecko. Siedzi przed domem, boso. Układa z patyków i błota budowlę. Nieopodal niego koza skubie siano. Kilka kur dziobie bose stopy dziecka. A ono się śmieje do rozpuku. Jest szczęśliwe. Daję lizak pierwszemu dziecku. Grzecznie dziękuje, kosztuje i za moment lizak ląduje na stole. Drugie dziecko na widok lizaka otwiera szeroko oczy. Dotyka go z niedowierzaniem. Składając ręce mówi „namaste”. Biegnie podzielić się swoim szczęściem z rodziną. Słyszę piski, okrzyki szczęścia.
 Przychodzi mi do głowy w tym momencie refleksja, przypominam sobie sławne słowa Paula Coelho:
„Jak może mi brakować czegoś, czego nigdy nie miałam? Rodzimy się w miejscu dla nas przeznaczonym. Zaczynamy naszą drogę słabi, delikatni, gdy nawet liść zdolny jest wstrzymać nasz ruch. Z czasem, gdy z szacunkiem donosimy się do tajemnicy źródła, które nas zrodziło i ufamy jego wiecznej mądrości, zdobywamy wszystko, co jest nam potrzebne do przebycia drogi.”
Przecież nie mamy wpływu na to, gdzie żyjemy. Hinduiści wierzą, że muszą zaakceptować swoje miejsce w życiu. Bowiem miejsce urodzenia jest nagrodą albo karą za działania z poprzedniego życia. Ich wiara w reinkarnację mobilizuje do pracy nad sobą. Dzięki temu hinduiści swoim dobrym postępowaniem starają się o jak najlepszą pozycję w kolejnym życiu.  W ich religii jest wiele bóstw, bożków, bogini.  Nie mają oficjalnie sformułowanych zasad wiary ani też organizacji zarządzającej. Ważne jest dostosowanie się do swojej rodziny i grupy społecznej. Buddyści natomiast nie mają żadnych bożków. Podążają za naukami Buddy, który nauczał, że należy iść drogą umiaru, odrzucając zarówno cierpienia, jak i przyjemności. Buddyzm to nie tyle religia, co filozofia i po prostu  życie buddystów. Kręcąc młynkami modlitewnymi, wypowiadając wciąż te same słowa, dążą w ten sposób do nirwany. Niestety, mija się to z religią chrześcijańską, gdzie zarówno przyjemność i szczęście, jak też cierpienie to uczucia towarzyszące nam na co dzień. Cierpienia przybliżają nas do Boga, więc trzeba je przyjąć z pokorą. Tylko czy my, chrześcijanie, wierząc w życie wieczne, przyjmujemy z pokorą nasz los?
                To czego się tu dowiaduję i czego doświadczam, ta podróż i wszystko co mnie tu spotyka ma jakiś cel. Rozumiem teraz znacznie więcej. Wiemy, że niezależnie od tego gdzie żyjemy i w co wierzymy, wszyscy jesteśmy równi. Każdy z nas jest dostosowuje się do warunków życia i każdy ma taką samą, odgórną szansę, żeby niezależnie od tego gdzie się urodził, żył jak najlepiej, postępując zgodnie z własnym sumieniem. Każdy ma swoje radości i smutki. Przeciętny Europejczyk martwi się na co dzień niepowodzeniem w pracy czy też wysokimi rachunkami. Nepalczycy z niższych kast martwią się o swoją krowę, której coś dolega. Nie wyobrażam sobie natomiast życia w skrajnej biedzie. A przecież są miliony głodujących ludzi, nie tylko w Nepalu – na dalekim wschodzie, ale na całym świecie! Wiedziałam o tym, jakżeby nie? Ale to była teoria. Nepal to dla mnie „zajęcia praktyczne”. Wiedzieć o czymś,   nigdy nie doświadczywszy, to zupełnie coś innego niż być w danej rzeczywistości,  być jej częścią.
                    Po tradycyjnym pożegnaniu przez Kalpanę, która namaściła mnie tiką oraz  wykonała nepalski rytuał pożegnalny, wracam do hotelu w Katmandu. Czeka mnie jeszcze podróż do dżungli Chitawan, a później powrót do rodziny.
                   Bez jakiegokolwiek lęku udaję się na samotną wyprawę do dżungli. Po sześciogodzinnej przeprawie nepalskim  busem wita mnie tropikalne, wilgotne i gorące powietrze. Mimo że mój mały jednopiętrowy hotelik znajduje się poza dżunglą, już na samym początku mam szczęście widzieć słonia, a jedząc lunch, obserwuję dziwnego gada łypiącego na mnie oczami. Zafascynowana, spokojnie i cichutko sięgam po aparat. Niestety, stworzenie widocznie nie lubi zdjęć. Zmyka.  Przygotowana na dalszą samotną przygodę, słyszę nagle kobiecy głos: „Agaaaaaa!”. Zdziwiona rozglądam się wokół. Podbiegają do mnie cztery osoby. Znamy się? - mam to pytanie na końcu języka, kiedy rozpoznaję w nich hiszpańskich wolontariuszy, z którymi spotkałam się na początku mojego pobytu. Robi się wesoło! Udajemy się wspólnie na wyprawę po dżungli na grzbiecie słonia, wieczorem podziwiamy zachód słońca nad rzeką, z której raz po raz wyłaniają się grzbiety krokodyli.
Noc upływa spokojnie, nie przeszkadzają mi nawet jaszczurki biegające po ścianach pokoju i wydające dziwne dźwięki. Jestem zdziwiona  sobą. Wcześniej zwykły pająk był dla mnie powodem paniki. Teraz obojętnie znoszę obecność nie tylko ogromnych pająków. Sama nie wiem, jak to możliwe? Potwierdza się stwierdzenie, że człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do każdych warunków. Jestem tego przykładem!  Rankiem razem z przewodnikiem udaję się na wyprawę łódką na „krokodylą” rzekę, a potem spacerem przez dżunglę, w stroju uniemożliwiającym atak pijawek. Brniemy przez gęste zarośla do farmy słoni. Nagle staję jak wryta na widok czegoś, co przypomina mi dinozaura. Przewodnik uspokaja mnie. To pancernik jakich tutaj mnóstwo. Zupełnie niegroźny!  Pomimo zaskoczenia i strachu jestem na siebie zła. Bo nie zdążyłam zrobić zdjęcia!
Po krótkim, ale za to pełnym wrażeń  pobycie w najprawdziwszej dżungli, wracam do Katmandu. Cieszę się i smucę. Przede mną długa podróż. Przede mną radosne spotkanie z rodziną. Ale za mną moja przygoda życia. Za mną Kalpana i jej rodzina, szkoły, wioska, dzieci, Himalaje. Za mną Nepal. Tak krótki czas. A tak wiele wspomnień i pozytywnych emocji!
               Po co tam jechałam? Nadal słyszę to pytanie. W czym pomogłam tak krótkim pobytem? Owszem, chciałam zobaczyć to cudowne miejsce. Przede wszystkim, chciałam jednak przekonać się jak wygląda życie bez udogodnień. Jak można być szczęśliwym bez tego wszystkiego, co my mamy. Teraz już rozumiem. Poza tym moje doświadczenie w nauczaniu języka angielskiego, pomogło nepalskim pedagogom, którzy nie mają możliwości udziału w szkoleniach i warsztatach, tak popularnych w Polsce. Starałam się dać z siebie jak najwięcej podczas prowadzenia zajęć. Dzięki mojemu pobytowi kilkadziesiąt osób wie gdzie leży Polska i potrafi powiedzieć coś o Europie. Dzięki mojemu wolontariatowi aż dziesięciu dzieciom zapewniłam naukę do ukończenia szkoły średniej. Dzieje się tak dlatego, że każdy wolontariusz wpłaca określoną kwotę na ten cel. Jednak chyba najcenniejszy jest pomysł nawiązania stałej współpracy mojej szkoły ze szkołą w Nepalu. Nie chodzi tylko o systematyczną pomoc materialną, ale przede wszystkim o wymianę korespondencji uczniów. Dzięki temu, i jedni i drudzy, poznają kulturę i obyczaje swoich korespondencyjnych przyjaciół.
                Muszę tu wrócić – jeśli los pozwoli! Póki co, marzę o moim domu i o bliskich.
Jestem szczęściarą! Przeżyłam niesamowitą przygodę! Tylko… tylko że ilekroć doświadczam czegoś nowego, tym bardziej odczuwam głód kolejnych przygód. Czas pokaże, czy będzie mi dane  przeżyć jeszcze kiedyś coś równie ekscytującego. Nepal był jeszcze niedawno tylko marzeniem. Teraz został wspomnieniem. Nawet jeśli coś wydaje nam się zupełnie nierealne, to jednak według słów : „W przeszłość przenoszą nas wspomnienia, a w przyszłość – marzenia”  - warto marzyć!

  Agnieszka Jochlik

 Zdjęcia z pobytu w Nepalu zobaczyć można w Galerii Zdjęć

 

 

 

BIP

logo BIP

Polski Portal Edukacyjny
Polski Portal Edukacyjny

Nasz FacebookFACEBOOK

Nasze Miasto

Copyright © 2015. All Rights Reserved.